Proszę państwa, oto Imbryk. Mierzy 38 cm i pachnie herbatą, którą wykorzystałam do zafarbowania spodów łapek oraz pyszczka.
niedziela, 17 listopada 2013
piątek, 15 listopada 2013
Niedźwiedź wieczorową porą
czwartek, 17 października 2013
Parcie na szkło, czyli kaboszonowy tutorial
Obraz zamknięty pod szklanym kaboszonam zdecydowanie zyskuje
na uroku, szczególnie jeśli dojdzie do niego oprawa w stylu vintage. Do własnoręcznego
tworzenia właśnie takiej biżuterii chciałabym Was zachęcić – to naprawdę
świetna zabawa i szansa na posiadanie niepowtarzalnej ozdoby. Poniżej
znajdziecie opis, jak samodzielnie krok po kroku wykonać kaboszonowy medalion - jak sami zobaczycie, jest to dziecinnie łatwe.
Poniżej lista rzeczy, których będziemy potrzebowali podczas naszej pracy:
- baza do medalionu (ja wybrałam okrągłą o średnicy 30mm)
- szklany kaboszon dopasowany kształtem i rozmiarem do bazy
- obrazek do umieszczenia pod kaboszonem
- nożyczki
- klej - ja używam Diamond Glaze (ważnym jest, żeby po wyschnięciu klej robił się przezroczysty)
- bezbarwny lakier do paznokci
- krawatka i łańcuszek z zapięciem
Obrazek możemy wyciąć np. z gazety lub samemu wydrukować dowolną grafikę (tylko na drukarkach laserowych, przy atramentowych obraz rozmaże się w zetknięciu z klejem). Ograniczeniem jest wyłącznie nasza wyobraźnia. Przeglądając kolorowe magazyny, najlepiej przykładać nasz kaboszon do zdjęć - w ten sposób najłatwiej wybierzemy kadr z ciekawym motywem, który będzie dobrze wyglądał pod szkiełkiem.
Kiedy mamy już wybraną i przycięta grafikę (najlepiej jak jest odrobinę mniejsza od naszego kaboszonu), możemy zabrać się za przygotowanie bazy. Ja zabezpieczam ją cienką warstwą bezbarwnego lakieru, szczególnie jeśli używam własnoręcznie drukowanego obrazka. W ten sposób obrazek nie odbarwia się pod wpływem reakcji bazy z klejem.
Kiedy lakier wyschnie, pokrywamy wewnętrzną powierzchnię bazy cienką warstwą kleju i osadzamy w niej obrazek. Ważnym jest, żeby obrazek przylegał jak najściślej do bazy i nie było pod nim pęcherzyków powietrza.
Kiedy obrazek wyschnie, nakładamy na jego środek dużą kroplę kleju (lepiej więcej, niż mniej). Należy bardzo uważać, żeby nie znalazły się w niej pęcherzyki powietrza, jeśli jednak nam się nie powiedzie, to wystarczy je ostrożnie poprzekłuwać szpilką bądź igłą.
Następnie powoli od góry nakładamy kaboszon - najlepiej zrobić to jednym płynnym ruchem. Pod wpływem ciężaru szkiełka klej powinien rozpływać się równomiernie na całą grafikę. Nie przejmujcie się, jeśli odrobina kleju wypłynie na brzegach - można ten nadmiar łatwo usunąć przecierając delikatnie medalion wigotną ściereczką.
Ważne! Nie dociskajcie zbyt mocno kaboszonu do bazy - wypłynie spod niego zbyt dużo kleju, a kiedy go puścicie, szkiełko odskoczy i pojawią się pod nim pęcherzyki powietrza, których tak bardzo chcemy uniknąć.
Gotowy medalion odkładamy do wyschnięcia - w zależności od jego wielkości i ilości (oraz rodzaju) użytego kleju może to trwać od kilku godzin do nawet kilku dni. W przypadku Diamond Glaze już po godzinie można delikatnie doczyścić medalion z nadmiaru kleju oraz zamontować do niego krawatkę i łańcuszek. Dla bezpieczeństwa jednak warto zostawić go w spokoju trochę dłużej.
Poniżej jeszcze jeden wisorek, który ostatnio wykonałam dla pewnej wyjątkowej Konstancji. A jako ostatni bonus mała broszka z sikorką, która powinna była już dawno trafić do mojej Starszej Siostry, ale jakoś się nie składa - pomyślałby ktoś, że to sójka, a nie sikorka.
Mam nadzieję, że tutorial okaże się pomocny i zainspiruje Was do własnych eksperymentów. Tym bardziej, że półfabrykaty są teraz łatwo dostepnę i wiele sklepów internetowych ma bardzo szeroką ofertę produktów do wyrobu biżuterii.
środa, 7 sierpnia 2013
Rudy ojciec, rudy dziadek...
...rudy ogon to mój spadek - tak pisał o lisie Jan Brzechwa i ten właśnie wierszyk dźwięczał mi w uszach, kiedy lisie broszki powstawały. Ufilcowałam je z myślą o wyczekiwaniej z utęsknieniem jesieni - już nie mogę się doczekać, kiedy liście zmienią barwy i termometry będą pokazywały przynajmniej15 stopni mniej.
Znano różne w świecie lisy:
Był więc lis Ancymon Łysy;
Pospolity lisek rudy,
Pełen sprytu i obłudy;
Lis niebieski - wielka sknera;
Zezowaty lis - przechera;
Czarny lisek ogoniasty;
Lis Patrycy Jedenasty;
Srebrny lis niezwykle szczwany;
Lis Mikita spod Oszmiany;
Lis Telesfor farbowany,
Niebezpieczny i zawzięty;
Lis Wincenty, lis Walenty,
Lecz nie było w świecie lisa
Ponad lisa Witalisa.
Jan Brzechwa - Szelmostwa Lisa Witalisa
A na koniec trochę słodkości - w zeszłym tygodniu po raz pierwszy upiekłam babeczki z ciasta Red Velvet (ze specjalną dedykacją dla Mistrza Podziemi - idealnie pasowały do masakry, jaką nam ostatnio zgotowałeś) i na pewno wrócę jeszcze do tego przepisu. Wprawdzie jak dla mnie wyszły odrobinę zbyt słodkie, ale masa z serka mascarpone i bitej śmietany dobrze tę słodycz równoważyła.
czwartek, 1 sierpnia 2013
Kocie sprawki
W związku z tym, że koty są na wakacjach u Rodziców, mogę sobie pozwolić na większą swobodę twórczą w kwestii filcowania. I tak salon, ku zgryzocie Męża, zaścielony jest motkami czesanki oraz na wpół skończonymi projektami. Oczywiście wspomniana swoboda nie wpływa na to, że mimo wszysto brakuje mi Dedukcji i Małej i już wypatruję dnia, kiedy skończymy około weekendowe wojaże i przywiozę koty z powrotem.
Dzisiaj Mała jest bardzo wesołą kotką i patrząc na nią ciężko uwierzyć, że kiedyś była w tak kiepskim stanie. Jest prawdziwą przylepą, lubi mieć domowników w zasięgu wzroku, a z Dedukcją żyją w całkiem niezłej komitywie. I codziennie odpłaca nam bezwarunkową miłością za to, że ją przygarnęliśmy.
Korzystając z okazji, chciałabym przyłączyć się do apelu, który co jakiś czas pojawia się w mediach – chodzi o akcję Nie kupuj, adoptuj. Jeśli myślicie o tym, żeby zaopiekować się psem lub kotem, to rozważcie proszę przygarnięcie go ze schroniska lub skontaktujcie się z jedną z fundacji, która zajmuje się szukaniem domów dla bezdomnych zwierząt. Jeśli jednak nie macie warunków, aby wziąć do siebie zwierzaka, pamiętajcie proszę, że jest wiele sposobów na to, by poprawić ich los – od wolontariatu, przez wsparcie finansowe, po reagowanie, kiedy widzimy, że dzieje się coś niedobrego. Ostatnia fala upałów dała się wszystkim mocno we znaki – kiedy jest taka możliwość, warto zostawiać dla bezdomnych zwierząt miski z wodą. Reagujmy też, kiedy widzimy zamkniętego w samochodzie psa – rozgrzane auto błyskawicznie zamienia się w piekarnik, a zwierzę zostawione w środku po prostu cierpi.
Starszą kotkę, czyli Dedukcję, przygarnęliśmy z fundacji Zwierzęta Krakowa –regularnie pojawiają się ze swoimi podopiecznymi w Centrum Handlowym M1 (Kraków, Al. Pokoju 67) przed sklepem zoologicznym NATURA. Można z fundacji przygarnąć zarówno kociaki, jak i dorosłe koty – wszelkiej maści i koloru.
Młodszą kotkę – Małą, która miała być Destrukcją, ale jakoś nikt o tym nie pamięta – znaleźliśmy na naszym nowym osiedlu. Było to miesiąc przed planowaną przeprowadzką, zaraz po odebraniu kluczy. Z zadowoleniem rozglądaliśmy się po okolicy, podziwiając pięknie urządzone ogródki i balkony sąsiadów, kiedy naszą uwagę przykuły dwa małe kotki. Na pierwszy rzut wyglądały uroczo, szczególnie ten mniejszy, który wyraźnie prowadzony przez kolegę, nieporadnie próbował wspiąć się na krawężnik, a następnie na balkon, na którym stała miska z wodą. Kiedy podeszliśmy bliżej, okazało się, że ten większy wygląda na zdrowego i odkarmionego, natomiast ten mniejszy to obraz nędzy i rozpaczy.
Przede wszystkim nic nie widział, bo oczy miał pokryte warstwą ropy. Można było mu policzyć wszystkie kosteczki, a utrzymanie równowagi skutecznie utrudniał mu bardzo wzdęty brzuch. Decyzja zapadła błyskawicznie - P. złapał malca i ruszyliśmy w poszukiwaniu całodobowej przychodni weterynaryjnej.
U weterynarza Mały okazał się Małą - nieco ponad miesięczną kotką. Według lekarza nie przeżyłaby kolejnych 3 dni, gdyby nie nasza interwencja. Koci katar, robaki, niedożywienie i odwodnienie - to wszystko składało się na jej kiepski stan. Po odczyszczeniu oczu i zaaplikowaniu serii zastrzyków, które zniosła ze stoickim spokojem, zabraliśmy znajdkę do domu (ku wielkiemu niezadowoleniu Dedukcji). Otoczona opieką i karmiona regularnie Mała powoli dochodziła do siebie. Pierwsze dni praktycznie przespała, ale jak tylko nabrała sil, by swobodnie się poruszać, momentalnie zaczęła korzystać z kuwety.
Dzisiaj Mała jest bardzo wesołą kotką i patrząc na nią ciężko uwierzyć, że kiedyś była w tak kiepskim stanie. Jest prawdziwą przylepą, lubi mieć domowników w zasięgu wzroku, a z Dedukcją żyją w całkiem niezłej komitywie. I codziennie odpłaca nam bezwarunkową miłością za to, że ją przygarnęliśmy.
wtorek, 30 lipca 2013
Na wyspach Bergamutach
Systematyczność nigdy nie była moją mocną stroną,
czteromiesięczna przerwa nie powinna więc nikogo dziwić. Brak wpisów nie oznacza jednak braku
działania – w ciągu ostatnich tygodni udało mi się zrealizować kilka ciekawych
projektów, niestety większość z nich nie została uwieczniona. Poniższy twór jest wyjątkiem - rzutem na
taśmę udało mi się zrobić kilka zdjęć telefonem mojego szanownego małżonka, chociaz ich jakość niestety pozostawia wiele do życzenia.
Wielogrzechoryb, czyli wieloryb grzechotka, powstał dla niezwykle utalentowanej przyszłej mamy ( -> klik), u rodziny której mieliśmy przyjemność gościć jakiś czas temu. W jego wnętrzu znajduje się plastikowy pojemniczek wypełniony suszonym ziarnem kukurydzy – daje ona ładny dźwięk, który nie jest tłumiony przez warstwę sfilcowanej wełny.
piątek, 10 maja 2013
Ptaszarnia
A na koniec mały bonus, moja wspaniała asystentka. Bardzo drobiazgowa - jak widać na poniższym zdjęciu, stara się bardzo precyzyjnie ustawić obiekt fotografowania, przy okazji jak najmniej wchodząc w kadr ;)
środa, 1 maja 2013
Oko i szkiełko
"Halo! halo!
Tutaj ptasie radio w brzozowym gaju,Nadajemy audycję z ptasiego kraju.
Proszę, niech każdy nastawi aparat,
Bo sfrunęły się ptaszki
dla odbycia narad."
Julian Tuwim - Ptasie radio
Kaboszony mają wymiar 25 x 25 mm, podklejone są silnymi magnesami - z powodzeniem utrzymują 6 kartek papieru (format A4 o gramaturze 130).
Na jednym komplecie magnesów oczywiście nie mogło się skończyć i tak oto powstał drugi, tym razem z postaciami z Alicji w Krainie Czarów Lewisa Carrolla. Ilustracje autorstwa Johna Tenniela powstały w 1895 roku do pierwszego wydania książki.
Siłą rozpędu zabrałam się za kolczyki i wisiorek. Kolczyki przedstawiają wspomnianego wcześniej rudzika i są wbrew pozorom bardzo lekkie. Kaboszony mają średnicę 18 mm, oprawa i zapięcia w kolorze antycznego brązu.
I na koniec wisiorek - spod kaboszonu o średnicy 25 mm spogląda nie kto inny, jak Dedukcja - wyjątkowo pod krawatem :) Kilka innych projektów jest w trakcie realizacji, ale o tym następnym razem.
czwartek, 14 marca 2013
Domowe laboratorium
Korzystając z wczorajszego wolnego wieczoru, uruchomiłam domowe laboratorium - odłożyłam zabawy z filcem i wcieliłam się w małego chemika. Własnoręczne przygotowywanie kosmetyków to nie tylko świetna zabawa, ale również możliwość skomponowania kosmetyku dostosowanego do indywidualnych potrzeb. Z dostępnością półproduktów nie ma najmniejszego problemu - jest wiele sklepów internetowych, w których można zaopatrzyć się we wszystkie niezbędne składniki i akcesoria: od szklanych zlewek, przez emulgatory, po egzotyczne oleje. Nic, tylko mieszać.
Mój wczorajszy eksperyment miał na celu stworzenie kremu regenerującego, głównie dla cery suchej. Czas pokaże, czy ukręcony specyfik działa - pierwsze testy wypadły obiecująco.
Produkcja kremu składa się z dwóch faz - wodnej i tłuszczowej. Do ich przygotowania użyłam hydrolatu rumiankowego, D-pantenolu, gliceryny roślinnej (faza wodna) oraz oleju z nasion baobabu, oleju z pestek śliwki domowej, alkoholu cetylowego i monostearynianu glicerolu (faza tłuszczowa).
Mój wczorajszy eksperyment miał na celu stworzenie kremu regenerującego, głównie dla cery suchej. Czas pokaże, czy ukręcony specyfik działa - pierwsze testy wypadły obiecująco.
Produkcja kremu składa się z dwóch faz - wodnej i tłuszczowej. Do ich przygotowania użyłam hydrolatu rumiankowego, D-pantenolu, gliceryny roślinnej (faza wodna) oraz oleju z nasion baobabu, oleju z pestek śliwki domowej, alkoholu cetylowego i monostearynianu glicerolu (faza tłuszczowa).
Najpierw zdezynfekowałam wszystkie utensylia (zlewki, bagietki, łyżeczki miarowe i docelowe pojemniczki na krem) - trzeba przy tym jednak uważać. Ja użyłam płynu Mikrozoid AF, którego opary przyprawił mnie o lekki ból głowy. Opady śniegu i niska temperatura nie zachęcały do wietrzenia mieszkania w czasie pracy ;) Następnie przygotowałam łaźnię wodną - dobrze się tutaj sprawdził cedzak z płaskim dnem, na którym ustawiałam zlewki. W ten sposób nie dotykały rozgrzanego dna garnka, a kąpiel woda była bardziej kontrolowana.
Krem miał być testowany przez kilka osób, w związku z tym przygotowałam większą niż zazwyczaj porcję - podane niżej składniki dadzą 150 ml specyfiku. Najpierw faza tłuszczowa: do zlewki wsypałam 9 g monostearynianu glicerolu, 6 g alkoholu cetylowego oraz po 15 ml oleju z nasion baobabu i z pestek śliwki. Całość umieściłam w kąpieli wodnej i co jakiś czas mieszałam - faza olejowa powinna uzyskać jednolitą konsystencję, wszystko powinno się dobrze rozpuścić.
Następnie zabrałam się za fazę wodną. Do wysokiej zlewki wlałam 90 ml hydrolatu rumiankowego, 7,5 ml gliceryny roślinnej oraz 7,5 ml D-pantenolu. Całość również umieściłam w kąpieli wodnej, aby wszystko dobrze się połączyło, a mieszanina uzyskała temperaturę fazy tłuszczowej.
Kiedy składniki w obu fazach dobrze się połączyły i osiągnęły podobną temperaturę, przystąpiłam do części ostatniej. Fazę olejową wlałam do wodnej i zaczęło się mieszanie. Po chwili krem zaczął nabierać właściwej konsystencji - im dłużej mieszałam, tym był gęstszy i gładszy.
Na koniec pozostało przełożenie gotowego kremu do pojemniczków i voila! Pierwsze testy, jak już wspomniałam, wyszły pozytywnie - krem dobrze się rozsmarowywał, miał gładką, aksamitna konsystencję. Dobrze się wchłaniał i nie zostawiał tłustego filmu na skórze, chociaż nie był aż tak lekki, jak ten, który zrobiłam na bazie oleju z awokado. Jako krem na noc spisał się znakomicie -moja skóra zdecydowanie była zadowolona z aplikacji.
Krem bez konserwantów najlepiej przechowywać w lodówce, a i to nie dłużej niż ok 2 tygodnie. Oczywiście można użyć konserwantów - aktualnie dostępne są takie o bardzo małej toksyczności, których niewielka ilość pozwoli nam trzymać krem poza lodówką przez kilka miesięcy i bezpiecznie cieszyć się jego stosowaniem, bez konieczności biegania za każdym razem do kuchni.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)




































