Korzystając z wczorajszego wolnego wieczoru, uruchomiłam domowe laboratorium - odłożyłam zabawy z filcem i wcieliłam się w małego chemika. Własnoręczne przygotowywanie kosmetyków to nie tylko świetna zabawa, ale również możliwość skomponowania kosmetyku dostosowanego do indywidualnych potrzeb. Z dostępnością półproduktów nie ma najmniejszego problemu - jest wiele sklepów internetowych, w których można zaopatrzyć się we wszystkie niezbędne składniki i akcesoria: od szklanych zlewek, przez emulgatory, po egzotyczne oleje. Nic, tylko mieszać.
Mój wczorajszy eksperyment miał na celu stworzenie kremu regenerującego, głównie dla cery suchej. Czas pokaże, czy ukręcony specyfik działa - pierwsze testy wypadły obiecująco.
Produkcja kremu składa się z dwóch faz - wodnej i tłuszczowej. Do ich przygotowania użyłam hydrolatu rumiankowego, D-pantenolu, gliceryny roślinnej (faza wodna) oraz oleju z nasion baobabu, oleju z pestek śliwki domowej, alkoholu cetylowego i monostearynianu glicerolu (faza tłuszczowa).
Mój wczorajszy eksperyment miał na celu stworzenie kremu regenerującego, głównie dla cery suchej. Czas pokaże, czy ukręcony specyfik działa - pierwsze testy wypadły obiecująco.
Produkcja kremu składa się z dwóch faz - wodnej i tłuszczowej. Do ich przygotowania użyłam hydrolatu rumiankowego, D-pantenolu, gliceryny roślinnej (faza wodna) oraz oleju z nasion baobabu, oleju z pestek śliwki domowej, alkoholu cetylowego i monostearynianu glicerolu (faza tłuszczowa).
Najpierw zdezynfekowałam wszystkie utensylia (zlewki, bagietki, łyżeczki miarowe i docelowe pojemniczki na krem) - trzeba przy tym jednak uważać. Ja użyłam płynu Mikrozoid AF, którego opary przyprawił mnie o lekki ból głowy. Opady śniegu i niska temperatura nie zachęcały do wietrzenia mieszkania w czasie pracy ;) Następnie przygotowałam łaźnię wodną - dobrze się tutaj sprawdził cedzak z płaskim dnem, na którym ustawiałam zlewki. W ten sposób nie dotykały rozgrzanego dna garnka, a kąpiel woda była bardziej kontrolowana.
Krem miał być testowany przez kilka osób, w związku z tym przygotowałam większą niż zazwyczaj porcję - podane niżej składniki dadzą 150 ml specyfiku. Najpierw faza tłuszczowa: do zlewki wsypałam 9 g monostearynianu glicerolu, 6 g alkoholu cetylowego oraz po 15 ml oleju z nasion baobabu i z pestek śliwki. Całość umieściłam w kąpieli wodnej i co jakiś czas mieszałam - faza olejowa powinna uzyskać jednolitą konsystencję, wszystko powinno się dobrze rozpuścić.
Następnie zabrałam się za fazę wodną. Do wysokiej zlewki wlałam 90 ml hydrolatu rumiankowego, 7,5 ml gliceryny roślinnej oraz 7,5 ml D-pantenolu. Całość również umieściłam w kąpieli wodnej, aby wszystko dobrze się połączyło, a mieszanina uzyskała temperaturę fazy tłuszczowej.
Kiedy składniki w obu fazach dobrze się połączyły i osiągnęły podobną temperaturę, przystąpiłam do części ostatniej. Fazę olejową wlałam do wodnej i zaczęło się mieszanie. Po chwili krem zaczął nabierać właściwej konsystencji - im dłużej mieszałam, tym był gęstszy i gładszy.
Na koniec pozostało przełożenie gotowego kremu do pojemniczków i voila! Pierwsze testy, jak już wspomniałam, wyszły pozytywnie - krem dobrze się rozsmarowywał, miał gładką, aksamitna konsystencję. Dobrze się wchłaniał i nie zostawiał tłustego filmu na skórze, chociaż nie był aż tak lekki, jak ten, który zrobiłam na bazie oleju z awokado. Jako krem na noc spisał się znakomicie -moja skóra zdecydowanie była zadowolona z aplikacji.
Krem bez konserwantów najlepiej przechowywać w lodówce, a i to nie dłużej niż ok 2 tygodnie. Oczywiście można użyć konserwantów - aktualnie dostępne są takie o bardzo małej toksyczności, których niewielka ilość pozwoli nam trzymać krem poza lodówką przez kilka miesięcy i bezpiecznie cieszyć się jego stosowaniem, bez konieczności biegania za każdym razem do kuchni.















