czwartek, 14 marca 2013

Domowe laboratorium

Korzystając z wczorajszego wolnego wieczoru, uruchomiłam domowe laboratorium - odłożyłam zabawy z filcem i wcieliłam się w małego chemika. Własnoręczne przygotowywanie kosmetyków to nie tylko świetna zabawa, ale również możliwość skomponowania kosmetyku dostosowanego do indywidualnych potrzeb. Z dostępnością półproduktów nie ma najmniejszego problemu - jest wiele sklepów internetowych, w których można zaopatrzyć się we wszystkie niezbędne składniki i akcesoria: od szklanych zlewek, przez emulgatory, po egzotyczne oleje. Nic, tylko mieszać.

Mój wczorajszy eksperyment miał na celu stworzenie kremu regenerującego, głównie dla cery suchej. Czas pokaże, czy ukręcony specyfik działa - pierwsze testy wypadły obiecująco.

Produkcja kremu składa się z dwóch faz - wodnej i tłuszczowej. Do ich przygotowania użyłam hydrolatu rumiankowego, D-pantenolu, gliceryny roślinnej (faza wodna) oraz oleju z nasion baobabu, oleju z pestek śliwki domowej, alkoholu cetylowego i monostearynianu glicerolu (faza tłuszczowa).



Najpierw zdezynfekowałam wszystkie utensylia (zlewki, bagietki, łyżeczki miarowe i docelowe pojemniczki na krem) - trzeba przy tym jednak uważać. Ja użyłam płynu Mikrozoid AF, którego opary przyprawił mnie o lekki ból głowy. Opady śniegu i niska temperatura nie zachęcały do wietrzenia mieszkania w czasie pracy ;) Następnie przygotowałam łaźnię wodną - dobrze się tutaj sprawdził cedzak z płaskim dnem, na którym ustawiałam zlewki. W ten sposób nie dotykały rozgrzanego dna garnka, a kąpiel woda była bardziej kontrolowana.  


Krem miał być testowany przez kilka osób, w związku z tym przygotowałam większą niż zazwyczaj porcję - podane niżej składniki dadzą 150 ml specyfiku. Najpierw faza tłuszczowa: do zlewki wsypałam 9 g monostearynianu glicerolu, 6 g alkoholu cetylowego oraz po 15 ml oleju z nasion baobabu i z pestek śliwki. Całość umieściłam w kąpieli wodnej i co jakiś czas mieszałam - faza olejowa powinna uzyskać jednolitą konsystencję, wszystko powinno się dobrze rozpuścić.




Następnie zabrałam się za fazę wodną. Do wysokiej zlewki wlałam 90 ml hydrolatu rumiankowego, 7,5 ml gliceryny roślinnej oraz 7,5 ml D-pantenolu. Całość również umieściłam w kąpieli wodnej, aby wszystko dobrze się połączyło, a mieszanina uzyskała temperaturę fazy tłuszczowej.



Kiedy składniki w obu fazach dobrze się połączyły  i osiągnęły podobną temperaturę, przystąpiłam do części ostatniej. Fazę olejową wlałam do wodnej i zaczęło się mieszanie. Po chwili krem zaczął nabierać właściwej konsystencji - im dłużej mieszałam, tym był gęstszy i gładszy.


Na koniec pozostało przełożenie gotowego kremu do pojemniczków i voila! Pierwsze testy, jak już wspomniałam, wyszły pozytywnie - krem dobrze się rozsmarowywał, miał gładką, aksamitna konsystencję. Dobrze się wchłaniał i nie zostawiał tłustego filmu na skórze, chociaż nie był aż tak lekki, jak ten, który zrobiłam na bazie oleju z awokado. Jako krem na noc spisał się znakomicie -moja skóra zdecydowanie była zadowolona z aplikacji.



Krem bez konserwantów najlepiej przechowywać w lodówce, a i to nie dłużej niż ok 2 tygodnie. Oczywiście można użyć konserwantów - aktualnie dostępne są takie o bardzo małej toksyczności, których niewielka ilość pozwoli nam trzymać krem poza lodówką przez kilka miesięcy i bezpiecznie cieszyć się jego stosowaniem, bez konieczności biegania za każdym razem do kuchni.

czwartek, 7 marca 2013

Proszę państwa, oto miś

W związku z dużym wysypem maluchów wśród moich znajomych postanowiłam zabrać się za zabawki dla najmłodszych.  Zdecydowanym plusem wykonywania ich własnoręcznie jest to, że można odpowiednio dobrać materiał bezpieczny dla dziecka. Dodatkowo ma się pewność, że nie sprezentuje się maluchowi czegoś, co dostał już od kogoś innego.

Na początek stanęło na filcowych grzechotkach – jedna testowa forma w dwóch wariacjach. Po kilku godzinach pracy igłami (na szczęście żadnej nie złamałam, bo wyjęcie z filcu ułamanego końca nie należy do najłatwiejszych) powstał Pan Miś i Pan Zając. W środku ukryłam plastikowe pojemniczki wypełnione drobnymi kamykami.  Pan Miś, jak na prawdziwego niedźwiedzia przystało, grzechocze głośno i wyraźnie. Pan Zając natomiast grzechocze delikatnie, żeby nie napisać cicho. Na przyszłość mam nauczkę, żeby rozważniej dopierać wielkość  i kształt pojemnika – w tym wypadku plastikowa fiolka nie wytrzymała starcia z grubą wyciszającą warstwą wełny.

wtorek, 5 marca 2013

Akcja reaktywacja

Długo zbierałam się za uszycie pierwszej lalki, jeszcze dłużej zbierałam się z publikacją efektów. W międzyczasie zdążyłam zmienić mieszkanie, stan cywilny i przygarnąc nowego domownika, ale o tym następnym razem.

Wracając do lalki - miała być wykonana z jak najbardziej naturalnych materiałów i poza użyciem farb akrylowych do namalowania twarzy, udało się zrealizować założenie. Korpus został uszyty z grubej surówki bawełnianej - niestety zostawiłam zbyt mały margines na szwy i materiał się strzępił, co wpłynęło na konieczność nieznacznej zmiany planowanego kształtu lalki. Do wypchaniu wykorzystałam naturalną wełnę zgrzebną - znakomicie sprawdziła się w roli wypełniacza.






Co jest najważniejsze w lace? Oczywiście włosy - najlepiej długie i gęste, żeby można było je dowolnie splatać i upinać. Zaplanowałam dla lalki długie rude pukle, niestety nie mogłam nigdzie znaleźć włóczki w odpowiednim kolorze. Na pomoc przyszedł stary sprawdzony sposób farbowania w łupinach cebuli (wykorzystywany przez moja mamę np.przy farbowaniu pisanek) - w ten sposób otrzymałam fantastyczny kolor. 

 


Po zabawie z farbowaniem przyszedł czas na żmudne wszywanie kosmyków - z każdą kępką lalka nabierała charakteru. Całości obrazu dopełnił strój - banalna w uszyciu celtycka suknia tubowa.



 
Podczas robieni tej lalki bawiłam się doskonale, jest więc całkiem spora szansa, że za jakiś czas dołączą do niej następne. Dodatkową mobilizacją jest opinia kilku dziewczynek (i jednego chłopca!), że taka szmacianka jest lepsza nawet od lalek Barbie ;)