poniedziałek, 27 lutego 2012

Strigiformes

Figurka sowy była pierwszą rzeczą, jaką ufilcowałam na sucho igłami. Było to w październiku 2010 roku, zaraz po festynie archeologicznym w Biskupinie, podczas którego złapałam filcowego bakcyla. Aktualnie rzeczona sowa jest we władaniu mojego kota, co niestety odbiło się znacznie na jej wyglądzie, chociaż wciąż przy odrobinie wyobraźni można dostrzec, co kryje się w tym kłębie pogryzionej wełny. 



W zeszłą sobotę znalazłam trochę czasu na filcowanie i tak oto powstały poniższe sówki. Mają około 5 cm wysokości i są zaopatrzone w broszkowe zapięcie. 
 

Po ich skończeniu przypomniała  mi się pewna scena z filmu Asterix na olimpiadzie (ta z Brutusem i formacją żółw) i wyszło, że ma być sowa taka jak w przyrodzie. Tak oto powstała sówka płomykówka. Płomykówka, jak w dziób strzelił - że pozwolę sobie zacytować znajomego ornitologa :)


czwartek, 23 lutego 2012

Dedukcja, drogi Watsonie. Dedukcja.

Trwając przy solidnym postanowieniu zostania Wystarczająco Dobrą Panią Domu, z zapałem trenuję nabytą niedawno umiejętność szydełkowania. Technika dobra na początek, bo przywodzi na myśl tkackie zdolności Penelopy. W związku z tym zaopatrzyłam się w różnokolorowe włóczki i kiedy tylko mam wolną chwilę, zabieram się do pracy, póki mój słomiany zapał jeszcze się pali. Co więcej - śladem Penelopy zdarza mi się pruć owoc godzinnego dziergania, niestety (albo na szczęście) przyświeca mi inny motyw. Wzoru, który widnieje na poniższych zdjęciach, nauczyła mnie Mama podczas zdecydowanie zbyt krótkiej wizyty w Krakowie.



Wszystkie róże zaopatrzyłam w zapięcie broszkowe i doskonale sprawdzają się, jako dodatek do żakietu, płaszcza czy szalika.

A teraz czas na przedstawienie mojego pomocnika, który zapałał miłością ogromną do szydełkowania, a w szczególności do licznych motków włóczki, które w związku z tym pojawiły się w domu. Oto Dedukcja – mistrzyni konstruowania skomplikowanych sieci za pomocą metody „kłębek w zęby i obwijamy w szalonym pędzie wszystko, co stanie nam na drodze”.


piątek, 17 lutego 2012

Od nich się zaczęło

Trenując nabyte ostatnio dzięki Mamie umiejętności szydełkowe czy naprawiając zepsuty kontakt, jak uczył mnie Tato (pamiętam, jak przyniósł kiedyć do domu dla 5-letniej wówczas mnie stary telefon, żebym mogła go sobie porozkręcać i złożyć na nowo), myślę o swoich Rodzicach i o tym, jak wiele się od nich nauczyłam i wciąż uczę.

Kiedy byłam małą dziewczynką, wierzyłam, że moi Rodzice wiedzą i mogą wszystko. Tato z łatwością przecież tłumaczył zawiłości fizyki, odpowiadał na niekończące się pytania o egzotyczne zwierzęta czy błyskawicznie w pamięci obliczał skomplikowane równania matematyczne. Cierpliwie pokazywał, jak obsługuje się lutownicę, robił najlepszego tatara i bez problemu reperował połamane sanki. Mama za to doskonale żonglowała wszystkimi ż, rz, u, ó, h i ch, cierpliwie pomagając w odrabianiu lekcji z języka polskiego, do tego nauczyła mnie, jak zrobić piękne szlaczki, obiekt zazdrości całej klasy I a. Potrafiła też naprawić wszystko – od poprutego misia, przez posklejane Super Glue palce i rozbite kolana, po ulubione spodnie oblane atramentem. Igła i nitka nie miały przed nią żadnych tajemnic - spod jej rąk wychodziły nie tylko piękne sukienki haftowane w poziomki, ale i szydełkowe serwetki oraz bajeczne stroje na bale przebierańców. Do tego potrafiła wyleczyć wszystkich ze wszystkiego, a w kuchni była w stanie wyczarować cuda.

Kiedy byłam małą dziewczynką, wierzyłam, że moi Rodzice wiedzą i mogą wszystko. Potem dorosłam i okazało się, że niewiele się pomyliłam :)

środa, 15 lutego 2012

Na dobry początek

Penelopa, czyli antyczna Perfekcyjna Pani Domu kontra ja, aspirująca Wystarczająco Dobra Pani Domu. 8 miesięcy przed ślubem, 5 miesięcy przed odbiorem mieszkania i Wielkim Remontem oraz 2 miesiące przed ściągnięciem aparatu ortodontycznego staram się ogarnąć cały ten chaos i udowodnić, głównie sobie, że wcale nie jestem takim Chodzącym Obszarem Katastrofy. No to zaczynamy...