Trenując nabyte ostatnio dzięki Mamie umiejętności szydełkowe czy naprawiając zepsuty kontakt, jak uczył mnie Tato (pamiętam, jak przyniósł kiedyć do domu dla 5-letniej wówczas mnie stary telefon, żebym mogła go sobie porozkręcać i złożyć na nowo), myślę o swoich Rodzicach i o tym, jak wiele się od nich nauczyłam i wciąż uczę.
Kiedy byłam małą dziewczynką, wierzyłam, że moi Rodzice wiedzą i mogą wszystko. Tato z łatwością przecież tłumaczył zawiłości fizyki, odpowiadał na niekończące się pytania o egzotyczne zwierzęta czy błyskawicznie w pamięci obliczał skomplikowane równania matematyczne. Cierpliwie pokazywał, jak obsługuje się lutownicę, robił najlepszego tatara i bez problemu reperował połamane sanki. Mama za to doskonale żonglowała wszystkimi ż, rz, u, ó, h i ch, cierpliwie pomagając w odrabianiu lekcji z języka polskiego, do tego nauczyła mnie, jak zrobić piękne szlaczki, obiekt zazdrości całej klasy I a. Potrafiła też naprawić wszystko – od poprutego misia, przez posklejane Super Glue palce i rozbite kolana, po ulubione spodnie oblane atramentem. Igła i nitka nie miały przed nią żadnych tajemnic - spod jej rąk wychodziły nie tylko piękne sukienki haftowane w poziomki, ale i szydełkowe serwetki oraz bajeczne stroje na bale przebierańców. Do tego potrafiła wyleczyć wszystkich ze wszystkiego, a w kuchni była w stanie wyczarować cuda.
Kiedy byłam małą dziewczynką, wierzyłam, że moi Rodzice wiedzą i mogą wszystko. Potem dorosłam i okazało się, że niewiele się pomyliłam :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz